III miejsce w konkursie na recenzję – Bielska Jesień 2019 – Agnieszka Barcik

Agnieszka Barcik
Szepty Szarości

Od 8 listopada tego roku w galerii Bielskiej BWA można oglądać wystawę prac Biennale Bielska Jesień. Z tym wydarzeniem kojarzy się najczęściej słowo „kontrowersja”. Jednak z pewnością w ten sam zbiór mogą się wpisać zwroty takie jak „kreatywność”, „zróżnicowanie”, „absolutna swoboda”… i wiele innych. Skoro każda praca może wzbudzić w widzu kompletnie różne emocje, wystawa tego typu stanowi podróż wyboistą, prowadzącą przez wzloty zachwytu i upadki zażenowania kolejnymi dziełami. Przypomina to labirynt; pełen zakrętów, ślepych uliczek i ciasnych korytarzy. Nie można przewidzieć, jaka fala emocji czai się gdzieś za rogiem. Jest to dla wielu niewinnych
odbiorców otoczenie zagmatwane, niezrozumiałe, czy po prostu skrajnie chaotyczne. Bez odpowiedniego przygotowania szanse na zgubienie się w takim splocie koncepcji są niezwykle wysokie. Toteż wielu ludzi tak właśnie się gubi – nic przyjemnego. Będąc sam na sam w takim rozgardiaszu, niektórzy poczuć się mogą jak wrzuceni do nieznanego sobie kraju, posługującego się zgoła innym językiem. Nagle znajdują się
w uciążliwym gąszczu słów absolutnie sobie nieznanych. Otacza ich ogłuszający gwar, z którego nie mogą nic odczytać. Pytanie tylko, czy to język nie może do nich dotrzeć, czy to oni go do siebie nie dopuszczają? Próbując uniknąć obłędu, niektórzy widzowie po prostu rezygnują z ów wyprawy i demonstrują to mniej lub bardziej doniośle. Mogą np. machać rękami i w białej gorączce mieszać z błotem skomplikowany i specyficzny język sztuki współczesnej, nawet przez chwilę nie starając się w niego wsłuchać. Mogą też cichutko posmutnieć, rozłożyć ręce i stwierdzić, że tego języka po prostu kategorycznie nie rozumieją. Następnie, jak to na człowieka otwartego na świat przystało, absolutnie nie zamierzają w żaden sposób swojej wiedzy na jego temat pogłębić. Ja sama też jestem w stanie tak się niekiedy pogubić. Z odpowiednimi jednak wskazówkami, z każdej opresji da się wyjść.

Mówiąc w skrócie: poczułam się przytłoczona zagadkowym labiryntem przeróżnych form i treści. W tym całym zbiorowisku najwięcej mojej uwagi zdobyło coś, czego bym się nigdy nie spodziewała.

Zaintrygowały mnie bowiem prace Pawła Baśnika – ponure, posępne, szarawe obrazy. Nie jest to widok atrakcyjny dla oka młodego widza; przyzwyczajonego do wielkich billboardów, krzykliwych kolorów i dynamicznych elementów. Nie umiałam od razu odczytać przekazu tych trzech, niepozornych dzieł. Były zasłonięte pewną barierą z szyfrem, którego trzeba doszukiwać się w oparciu o wiedzę wychodzącą poza mury galerii. Lecz te poszukiwania niezmiernie się opłacają. Dzięki nim nabrałam zupełnie innego spojrzenia na ów cykl. Autor bowiem pokazał widzowi obrazy nietuzinkowe. Pierwszy z nich to grób Józefa Bema. A zatem trumna, w której spoczywa zasłużony polski generał, a jednocześnie konwertyta – przeszedł z wiary chrześcijańskiej na islam. Scena przedstawia się ponuro. Przed oczami widzów jawi się szara, ciemna sceneria, zapewne zwiastująca rychłą ulewę. Sam nieboszczyk zaś spoczywa na wielkim podwyższeniu z szeregu kolumn. Nietypowe rozwiązanie – można rzec. Trudno się jednak nie strapić, kiedy przeczytamy wytłumaczenie artysty; „W Polsce nie wolno grzebać innowierców w poświęconej ziemi. Postanowiono więc wybudować mauzoleum z trumną wzniesioną ku górze i oczywiście – z ciałem generała zwróconym w stronę Mekki” 1. Zastanawiałam się, czy to możliwe, że zadano sobie taki trud tylko po ty, aby człowiek innej wiary nie tknął „świętego gruntu”? Nie zapominając o istotnym fakcie, że człowiek ten ulokowany został w trumnie, a co ważniejsze – był martwy. Następnie Baśnik na podstawie XVIII – wiecznego szkicu maluje portret generała Władysława Jabłonowskiego. Tym samym jest to wizerunek jedynego czarnoskórego generała w historii polskiego wojska. Wygląda na postać poważną i zamyśloną. Jest smutny, czy po prostu zadumany? W mojej opinii jego oczy wskazują bardziej na to pierwsze. Maluje się w nich melancholia, pewne przygnębienie. Lecz jednocześnie w jego postawie widnieje spokój i wewnętrzna duma. Ostatnim dziełem jest Erzulie – bogini voodoo wzorowana na wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej. Odbiega ona jednak od znanego w polsce widoku Madonny z Dzieciątkiem. Poszarzały obraz wygląda jakby zalany był mętną wodą. Przedstawia boginkę z małą dziewczynką na jednej ręce, w drugiej zaś dzierży nóż. Nie są to widoki znane, codzienne, czy rozpowszechniane. Przyznam się, że o generale Jabłonowskim czy bogini Erzulie słyszałam po raz pierwszy.

Sam autor tymczasem przedstawił te trzy wizerunki jako coś zupełnie normalnego. A przynajmniej nie spektakularnego, przebojowego. Nie zostają odbiorcy zrzucone na głowę dobitne przekazy o znaczeniu, historii tych postaci. Te obrazy nie krzyczą. Nie afiszują się. Nie biją po oczach neonowymi barwami. Są ciche i spokojnie. Subtelnie, płynnie przekazują swoje znaczenie tym, którzy chcą je poznać. A zwracają uwagę na bardzo ważną kwestię – Polskę i jej relacje z… innością. Z odmiennym wyglądem, odmienną religią, odmienną kulturą. Okazuje się, że te wszystkie stygmatyzowane, obce wpływy już nie od dzisiaj przeplatają się z polską historią. To swoiste przypomnienie tego, że Ziemia jest mozaiką różnych miniświatów wszystkich ludzi. Nie da się żadnego kraju trzymać wiecznie w szklanej kuli, w wyidealizowanej jednorodności. Nie miałoby to sensu, bo przecież rozwój cywilizacji w dużej mierze polegał na obcowaniu wielu kultur ze sobą. Dla niektórych może to być jak kubeł zimnej wody. Podczas gdy niektóre środowiska próbują zdemonizować niemal wszystkie rzeczywistości, które odbiegają od tej polskiej, Baśnik podsuwa tuż pod nos widza jasne dowody na to, że świat nie jest czarno-biały. Na kartach polskiej historii zapisały się elementy z różnych kultur, religii i krajów.

Nieco zasmucającym jest fakt, że postacie ukazane przez autora, pozostają w szarości, w cieniu zapomnienia. Czekają po cichu na odkrycie i szczątkowe zainteresowanie. Odbiorcy mogą je zobaczyć, zgłębić ten temat; i co dalej? Jeśli nie zrobimy nic, komunikat Baśnika utknie w miejscu, a pamięć o nim pokryje się kurzem i ludzkim zobojętnieniem. Wierzę jednak, że autor dążył do tego, by jego przekaz dotarł do następnych pokoleń. Tak istotny temat nie powinien utopić się w zgiełku mowy nienawiści, która w dzisiejszych czasach lubi wychylać się na pierwszy plan poprzez niepokojące działania grup narodowców.

W intensywnym hałasie barw, kształtów i przekazów do mnie przemówił stonowany szept ważnego tematu. Doceniam to, że przekaz ten nie został narzucony na surowo i bezceremonialnie, aby wywołać jak najsilniejsze odczucia. Dużo bardziejspodobała mi się forma skłaniająca do powolnej, stopniowej refleksji i odkrywania. W całym zgiełku naszej pędzącej codzienności, która narzuca coraz to szybsze tempo i używa coraz głośniejszych komunikatów, brakowało mi właśnie takiej, subtelnej alternatywy. Poniekąd wręcz ukryta treść dzieł Pawła Baśnika porusza wnętrze człowieka bez  szokujących wstrząsów i wrzasków. A mimo to daje sporo do myślenia – za co sztukę bardzo cenię.

<< COFNIJ

Wyszukiwarka

Termo logo