Muzeum Ustrońskie, Galeria Na Gojach RYNEK – relacja z wyjazdów

W marcu 2022 r. z możliwości obejrzenia na żywo wybranych prac Zdzisława Beksińskiego skorzystało sześć klas Bielskiego Plastyka, wraz z wychowawcami: 2 a5, 2 b5, 2 c5, 3 a5, 3 b5 i 3 c4.  W programie wycieczki zostały przewidziane dodatkowe cele, które chciałam zrealizować organizując wyjazd dla mojej klasy. Przygotowując wyjazd kierowałam się pragmatyzmem, prosząc panią dyrektor Muzeum Ustrońskiego o podzielenie się z uczniami wiedzą na temat procedur i doświadczeń towarzyszących sprowadzaniu prac Zdzisława Beksińskiego z Sanoka do Ustronia. Szczegóły i kulisy przygotowania wystawy były zaskakujące dla większości z nas i stanowiły uzupełnienie dla wiedzy opiekunów grup oraz dla młodzieży, w której licznym gronie są i tacy, co w przyszłości będą zajmować się podobnymi działaniami.

Następnym celem stało się znalezienie odpowiedzi na pytania, na czym polega praca muzealnika oraz osób prowadzących prywatną galerię. W obu tych przypadkach mogliśmy zaobserwować ludzi, którzy w swojej pracy są jak ryby w wodzie.

Wielu z nas wie, jak to jest, kiedy wchodząc do muzeum przechodzimy przez kolejne izby, pokoje czy sale, w których piętrzą się pamiątki, obrazy i przedmioty codziennego użytku, dawno już pozbawione swojej funkcji, sprawiające wrażenie tym bardziej martwych, im bardziej obowiązuje bezwzględny – choć zrozumiały – zakaz ruszania ich. Pan Andrzej z Muzeum Ustrońskiego nie tyle prezentował, ile ożywiał eksponaty z wystawy, które pod wpływem jego opowieści odzyskiwały dawną świetność. Poważne, a może i nieco znużone, twarze  uczniów, stopniowo nabierały blasku pod wpływem uśmiechu, wywołanego możliwością doświadczenia zmysłowego czasów minionych. W tym miejscu chciałoby się napisać, że bezpowrotnie minionych, ale tego, jak zmieni się świat, nikt z nas przecież nie wie.

Czas poganiał, wymuszając opuszczenie Muzeum Ustrońskiego, gdzie wpadliśmy w nastrój zabawy, nie przypuszczając nawet, że przed nami kolejne miejsce, w którym czekają nas wrażenia, jakie niesie ze sobą sztuka współczesna – niekoniecznie lokalna. Galeria Rynek, otwierając się przed nami, pozwoliła na spokojne obcowanie z różnorodną twórczością malarską. Po tej niedużej, ale bardzo urozmaiconej przestrzeni oprowadzali nas panowie, z których jeden prowadzi Galerię Rynek i wydawnictwo „Na Gojach”, a drugi jest artystą malarzem, którego prace mogliśmy tam obejrzeć. W zależności od tego, kogo zastaliśmy w Galerii Rynek, tak zmieniał się charakter tego miejsca – pan Kazimierz Heczko opowiadał o praktycznych aspektach prowadzenia Galerii Rynek, pan Robert Heczko raczył nas ciekawymi prelekcjami z dziedziny sztuki współczesnej, poruszając też prawne aspekty funkcjonowania na rynku sztuki, dotyczące prawa autorskiego oraz dzielił się ciekawostkami o metodach stosowanych w sztuce falsyfikacji dzieł.

Obok licznych prac zgromadzonych w Galerii obejrzeliśmy też aktualną wystawę malarstwa  Patryka Chwastka, zatytułowaną „Memoria cellula”, inspirowaną preparatami komórek ludzkich, ogladanych pod mikroskopem. Wystawa wskazuje na to, że świat nauki i sztuki nie muszą być do siebie w opozycji. Nauka może stanowić inspirację dla artystów, a artyści mogą przyczyniać się do popularyzacji wiedzy naukowej.

Wystawa prac Zbigniewa Beksińskiego, która przyciągnęła nas do Ustronia, odkryła to, że warto odwiedzać nieduże miejscowości Beskidu Śląskiego, bo w nich rozwijają się, a nawet tętnią  inspiracje artystyczne niemniej intensywne, niż te skupione w wielkich aglomeracjach miejskich.   

Napisała: p. Justyna Moruś – pomysłodawczyni i organizatorka cyklu wycieczek do Ustronia.


 

Piątek, piąteczek, chyba jeden z lepszych dni, by zastąpić godziny lekcji na klasowy wyjazd, szczególnie taki. Wraz z dwiema innymi klasami zebraliśmy się przy przystanku autobusowym o czasie wręcz idealnym, by przed wycieczką na szybko zaopatrzyć się w prowiant na najbliższe godziny.

Godzina dziewiąta, wyjechaliśmy. Podróż minęła miło i szybko. Dotarliśmy do Ustronia i nagle przypomniałem sobie, że kiedyś już tu byłem. Rozpoznałem to miejsce po wielkich trójkątnych budowlach na zboczu pobliskich gór, przyjeżdżałem tu odwiedzać babcię, gdy spędzała czas w tutejszych ośrodkach rehabilitacyjnych. Tego dnia pogoda przypominała tę z moich wspomnień, choć temperatura była znacznie niższa, na co często narzekałem na forum grupy, gdy podczas spaceru chłód przeszywał mój płaszcz. Miasteczko prezentowało się ładnie, szliśmy dróżką dla pieszych, która prowadziła wzdłuż kolorowych domków jednopiętrowych, oddzielonych od nas rzeczką. Jedynym dojściem do każdego z mieszkań był mały mostek przechodzący nad strumieniem, dawało to wrażenie, jakby owe domki stały na jej podwodnej części.

Doszliśmy do „Galerii Na Gojach” przy rynku. Wnętrze było niewielkie, przypominało mi bardziej klimatyczny warsztat dla grupy znajomych oraz wybitnych artystów, gdyż owoce ich pracy wisiały godnie na ścianie wypełniając salę paletami barw i kształtów. W Galerii są dwa pomieszczenia: w pierwszym wisiały wielkie obrazy wypełnione pięknymi, żywymi kolorami. Na niektórych można było zauważyć kształty odzwierciedlające komórki organizmu ludzkiego, uprzednio wypreparowane i oglądane pod mikroskopem, które w genialny sposób tworzyły wrażenie przestrzeni, mimo że obraz malowany był idealnie płasko i gładko bez najmniejszych wypukłości.

W drugiej sali czekały na nas już bardziej codzienne obrazy, mniejsze, ale równie okazałe ze względu na ich jakość. Było ich znacznie więcej, wypełniały całe ściany aż po sufit. W różnych kształtach i wymiarach i o różnej tematyce.

Ponownie znaleźliśmy się na dworze i ponownie narzekałem, że mi zimno, ale raczej wszyscy już do tego są przyzwyczajeni. Nadeszła pora na punkt kulminacyjny naszej wycieczki. Doszliśmy do Muzeum Ustrońskiego, w którym znajdowała się wystawa prac Zdzisława Beksińskiego. Wstyd przyznać, ale nie znałem tego malarza, jednak cieszę się, że poznałem go właśnie w tamtym momencie. Mówi się, że te dzieła są dość tajemnicze, często niezrozumiałe i odrażające ze względu na cierpienie, mrok i lęk ich autora, które zostały wyryte na tych płótnach. Jednak uważam, że każdy z nas utożsamił się z przynajmniej jednym obrazem, każdy miał ten jeden swój, w którym się zatopił niczym zahipnotyzowany i po prostu kontemplował, bez słowa, bez ruchu. Na moment wszystko dookoła cichło i byliśmy sam na sam w pustce z naszym „faworytem”. Mało kogo w takim momencie obchodzi to, że patrzy na milion złotych, taka chwila nie ma ceny, jednak ja wiem, że oddałbym każdą cenę, by móc na chwilę wejść w sam środek wybranego obrazu, by na chwilę doświadczyć tego wnętrza. Trudno to opisać i jeszcze trudniej zrealizować, dlatego muszę zadowolić się tamtą chwilą. Cudowna w tych obrazach była ich anonimowość, żaden nie miał nazwy, w pewnym sensie były wolne, nikt nie mógł ich poznać w pełni lub ich gdziekolwiek spisać, bo nie posiadały tej podstawowej rzeczy, która określa wszystko, co ludzkości znane – nazwy. Dzięki temu możliwości interpretacyjne są nieskończone. Beksiński zostawiając ludzkości takie rarytasy, postawił jednocześnie warunek ich oglądania: kreatywność w interpretacji i zupełna wolność odbioru. Takie proste rozwiązanie, a daje ogrom poczucia wolności i wzmaga ciekawość. Sympatyczny pan przewodnik z pasją opowiadał nam o każdej z prac, w jego słowach i zachowaniu było widać miłość, jaką darzył te obrazy i to, jak bardzo jest już z nimi zżyty.

Cudowne chwile, spokój, cisza. Przy takiej dużej ilości cierpienia i bólu, jaki tam panował, mogłoby zostać to uznane za niemożliwe, jednak czułem się tam dobrze, mimo że odczuwałem tak wiele naraz – w tym i lęk, i niepokój. Niesamowity klimat.

Po wyjściu już nie było mi zimno.

Napisał: Piotr Krupa – uczeń klasy 2 c5, uczestnik wycieczki.


 

(fot. J. Moruś, J. Jarosz, A. Ruman)

<< COFNIJ

Wyszukiwarka

Termo logo