Podsumowanie konkursu na najlepszą animację i recenzję (Bielska Jesień)

13 stycznia 2022 r. w Galerii Bielskiej BWA odbyło się podsumowanie konkursu na najlepszą recenzję i animację związaną z wystawą Bielska Jesień. Na konkurs z naszej szkoły nadesłano 18 recenzji i 26 animacji. Prace powstały opieką nauczycielek: dr hab. Joanny Chudy (animacje) i mgr Jadwigi Jarosz (recenzje).

Oto wyniki konkursu:

 

Kategoria: animacja

I miejsce – Michał Duraj

II miejsce – Patrycja Pilarz

III miejsce – Dominika Koziej

Wyróżnienia – Emilia Czylok, Maria Dudek, Jakub Kuźma

 

Kategoria: recenzja

I miejsce ex aequoNatalia Jaszewska, Julia Konieczny

II miejsce ex aequoPiotr Krupa, Maja Skoczylas

III miejsce – Kinga Chmielowska

Wyróżnienia – Edyta Lasek, Agnieszka Olma, Anna Stuglik

 

(fot. A. Stuglik, P. Krupa)

 

I miejsce – animacja Michała Duraja:

 

II miejsce – animacja Patrycji Pilarz:

 

III miejsce – animacja Dominiki Koziej:

 

Wyróżnienie – animacja Emilii Czylok:

 

Wyróżnienie – animacja Marii Dudek:

 

Wyróżnienie – animacja Jakuba Kuźmy:

 

 

Poniżej publikujemy nagrodzone i wyróżnione recenzje:


I miejsce ex aequo

Natalia Jaszewska

Od ignorancji do zjednoczenia

Wchodzę na wystawę pełną obrazów, na uszach mam słuchawki, płynie z nich muzyka. Przechodzę obok prac, wkrótce ponoszą mnie, zaczynam z nimi płynąć. Czuję, że muszę wyłączyć muzykę. Uczucia, emocje i myśli atakują mnie, uderzają z każdej strony. Potrzebuję ciszy, by je uporządkować. Wracam do początku wystawy, głupio mi, że zamierzałam lekceważąco obrzucić wszystkie prace wzrokiem i wyjść. Obrazy zatrzymały mnie przy sobie, łapiąc za gardło, zachęcając do interpretacji, jak gdyby każdy z nich wyciągał się w moją stronę. Zostałam więc.

Teraz czuję niezmierną potrzebę, by przystanąć przy każdym z nich, dać mu swój czas i należytą uwagę. Obrazy nie pozostają mi dłużne, również dają mi coś od siebie. Natchnienie za natchnieniem, dobre i złe emocje, czasem bardziej, czasem mniej intensywne.

Tuż przy wejściu wisi praca Magdaleny Kirklewskiej. Daje mi poczucie lekkości, jak gdybym została otulona ciepłym kocem, objęta bezpiecznym ramieniem. Ta lekkość i ciepło działają wręcz uzależniająco. Mogłabym wpatrywać się w obraz cały dzień, uspokajając nim zmysły. Tytuł „Evening TV shows” przywołuje wspomnienia dobrego czasu. Szkoda, że nie mogę wpatrywać się w niego z bliską mi osobą, wtulona w jej pierś, podobnie jak postacie na obrazie, ogrzane ciepłem telewizora.

Przechodzę dalej, mogłabym rozpisać się na temat każdego dzieła, jednak pozostawię większość słów w mojej głowie. Niektóre emocje są zbyt prywatne, zbyt rozedrgane.

Opiszę jeszcze obraz Tomasza Kwiatkowskiego „Nie ma to jak w domu II. Na Polskę patrzę codziennie”. Spędziłam przy nim trochę czasu, tonąc w melancholii. Przywołuje wspomnienia z dzieciństwa. Czy były to dobre czasy? Sama nie wiem. Z pewną tęsknotą wspominam mieszkanie w polskim bloku. Mimo całej tej przemocy bijącej ze ścian, zapachu alkoholu i papierosów na klatce, mimo poczucia samotności i odtrącenia, tęsknię za tym czasem. Cieszę się, że obraz przeniósł mnie na chwilę w zamglone wspomnienia związane z dzieciństwem. Dziękuję za to.

Dłuższą chwilę spędziłam też przy pracach Olgi Marii Dmowskiej – „Nienasycenie” i „Amnezja”. Przeszyły mnie na wylot strachem, wręcz paniką. Patrząc na nie mam ochotę przytulić autorkę tak mocno, jak tylko potrafię. Emocje bijące z tych obrazów są ciężkie do zniesienia, jednak staram się wytrzymać ich ciężar.

Przechodzę dalej, próbując się otrząsnąć. Czuję się pobudzona, wspomnienia wirują w mojej głowie. Z każdym nowym obrazem moje spostrzeżenia i odczucia resetują się, dając miejsce nowym. Ciekawe – ile można poczuć w tak krótkich odstępach czasu. Czasem obrazy łapią mnie w swoje szpony, czuję rozpacz, bijące od nich myśli autorów, czasem łza zakręci się w oku, kiedy dzieło przeszyte jest smutkiem, czasem uśmiech wkradnie się na twarz, a serce zabije mocniej. Kilka razy musiałam zostać przy obrazie na dłużej, zaskakiwał mnie, brutalnie zmuszał do myślenia, atakował potokiem słów. Myślałam wtedy często o autorze. Kim jesteś? Czy czułeś to samo, tworząc swoją pracę? Czy czułeś to samo co ja, przelewając w nią cząstkę swojej duszy? Najpiękniejszym doświadczeniem towarzyszącym tej wystawie była możliwość zjednoczenia się z autorami obrazów. Radość z tego zauważyłam więcej, otworzyłam się na emocje płynące z każdej ściany, wpuściłam je do siebie. Gdybym nie ściągnęła słuchawek i nie mnie to wzniosłe doznanie.

 


I miejsce ex aequo

Julia Konieczny

Chwila

Wchodzę do sali. Nie wiem, gdzie wzrok zawiesić, a jednocześnie cały czas wzrokiem uciekam. Każdy z obrazów stara się na swój sposób wyróżnić, wynieść ponad inne. Każdy stara się być inny i w tym morzu odmienności żaden się nie wyróżnia. Automatycznie szukam czegoś znajomego, neutralnego. Po prostu ładnego.

Każdy z artystów za wszelką cenę usiłuje zwrócić naszą uwagę na swoje dzieło. Każdy w trochę inny sposób, ale jednak zawsze jest coś wspólnego, jakieś nieuchwytne ogniwo łączące każdą próbę wykreowania swojej osoby na tę odmienną od innych. W głębi duszy wiemy, że każdy jest jedyny i niepowtarzalny. Po prostu usilnie próbujemy to zaakcentować.

Tylko dlaczego? Dlaczego, pomimo oczywistej odmienności, każdy koniecznie chce się wyróżnić? A może nie? Gdy popatrzymy na ludzi w różnym wieku, w różnych sytuacjach życiowych, zauważymy, iż próba wybicia się przed szereg jest na różnych poziomach. A może za zasłoną usilnej próby zaakcentowania swojej odmienności kryje się potrzeba akceptacji? W momencie gdy człowiek znajduje osobę, która pasuje do niego jak klocek Lego, do drugiego klocka, ta potrzeba maleje, z czasem zanika. Ale nigdy nie znika całkowicie. Zawsze mamy tę potrzebę, po prostu czasem jest zaspokojona, a czasem usilnie woła o swoje.

Z tego też samego powodu każdy z tych obrazów ma określoną grupę odbiorców. Człowiek wejdzie do sali i od razu zacznie szukać czegoś odpowiadającego jego osobie, jego wnętrzu, chociażby w małym stopniu. Nie zawsze znajdzie pozycję idealną, ale w takim przypadku będzie szukał czegoś najbardziej zbliżonego do swojego stanu wewnętrznego. Podejdzie więc do wybranego przez siebie obrazu i zacznie go interpretować. Czy sam fakt, że wybrał to jedno dzieło, spośród wielu innych oznacza, iż odbiorca i autor mają ze sobą coś wspólnego? Niekoniecznie. Odbiorca nie zna motywów i przemyśleń autora. Widzi tylko efekt. Urzec go mogło zupełnie co innego, coś, co artyście wyszło przez przypadek, bądź nie przyłożył do tego większej wagi. Mogłaby się zdarzyć też sytuacja, w której odbiorca zinterpretował przekaz zupełnie odwrotnie, niż było to w zamyśle autora. Co w takiej sytuacji? Wiemy tylko, że coś łączy odbiorcę z dziełem. Może to być sytuacja przedstawiona na obrazie, kolory, gra świateł, perspektywa, kompozycja bądź sama estetyka obrazu. W każdym razie coś, co budzi odpowiednie emocje w człowieku, te najbardziej pożądane w danej sytuacji.

Tak więc weszłam do sali i zaczęłam się rozglądać. Podchodziłam, odchodziłam i przechodziłam. Od obrazu do obrazu. Starałam się każdemu przyjrzeć, dostrzec jakiś przekaz. Nie zawsze mi się udawało. Nieraz, po przyjrzeniu się uważniej dziełu artysty, dostrzegałam coś, co wzbudzało we mnie jak najmniej pożądane uczucia: wstręt, odrazę, wstyd, zażenowanie. Wówczas prędko odwracałam wzrok, oddalałam się od niego, najlepiej na drugi koniec pomieszczenia, aby od tego momentu usilnie odciągać swoją uwagę od miejsca, w którym było powieszone owe dzieło. I w ten sposób odbijałam się od jednego krańca sali do drugiego, rozpaczliwie szukając czegoś, co odpowiadałoby mi swoją prostotą, ładem. Ostoję, do której będę mogła wracać stęsknionym wzrokiem. Coś, nad czym będę mogła się zatrzymać, zadumać, odciąć się od otaczającego mnie chaosu, po prostu chwilę pobyć.

I znalazłam.

Mój wzrok przykuła seria trzech, niepozornych i małych obrazów zawieszonych po jednej ze stron filaru. Od strony wejścia, prawdopodobnie, aby dać tym drobnym malunkom jakiekolwiek szanse na ich spostrzeżenie.

Autorem jest Emily Kitabatake. Moją szczególną uwagę zwróciło dzieło zatytułowane „Paco”. Poszukałam trochę w Internecie, próbując odnaleźć znaczenia tego słowa. Nie znalazłam jednak niczego konkretnego. Znaczeń było wiele, w różnych językach. Ale było jedno, które moim zdaniem najbardziej pasuje do tematyki obrazu. Paco jest jednym ze słów określających gliniarza w języku hiszpańskim. A ja właśnie w ten sposób odczytuję widok ukazany na malowidle – posterunek policji. Widzę psa, owczarka niemieckiego. Typowe zwierzę wszelkich służb mundurowych. Za oknem stoi mężczyzna. Prawdopodobnie pechowiec na nocnej warcie. Można się domyśleć, że w niewidocznej ręce trzyma kubek z tanią, sypaną kawą. Pies wchodzi przez uchylone drzwi. Mogę poczuć to, co on: chłód i wilgoć nocy za plecami oraz ciepłe i suche pomieszczenie, które czeka przede mną. Różnicę pomiędzy przestrzeniami akcentuje opozycja kolorów: zimne odcienie zieleni, granatu i błękitu na zewnątrz ostro kontrastują z ciepłymi kolorami sączącymi się z wnętrza budynku, przed psem. Można by doszukiwać się znaczenia owczarka w tej kompozycji. Czy stanowi jakieś przejście pomiędzy ciepłem a chłodem? Połączenie pomiędzy nocą a jarzeniowym światłem wnętrza? Czy może barierę, zaporę, jakiegoś rodzaju podział? Ja jednak nie mam zamiaru tego zgłębiać. Czasami warto się po prostu zatrzymać, wczuć w sytuację, zamiast usilnie wypatrywać znaczenia tam, gdzie go nie ma.

A więc nasz czworonóg wchodzi do budynku. Prawdopodobnie ktoś go woła. Skąd ten wniosek? Od początku wiadomo, że tak jest, jednak na pierwszy rzut oka nie widać, dlaczego. Dopiero po przyjrzeniu się widzimy rozluźnioną sylwetkę psa: swobodnie zwisający ogon, uniesiony pyszczek, lekko podwinięta łapa. Widać również nastawione radośnie uszy. Czyli rozpoznał znajomy głos. Wchodząc, patrzy na kogoś. Czy wraca z poszukiwań, czy może ktoś po prostu go wypuścił w celu przewietrzenia wymagającego organizmu? Tego nie wiemy.

Co jest jednak urzekającego w tym obrazie? Prawdopodobnie prostota. Ukazana jest zwyczajna sytuacja, niczym się niewyróżniająca. Nieskomplikowana kolorystyka, trafnie budująca klimat, światło, które we właściwy sposób skupia nasz wzrok w centralnym punkcie obrazu. W naszych czasach, w dobie komputerów, telefonów, Internetu i multimediów, ciężko jest się nam zatrzymać. Stanąć na chwilę w miejscu, pomyśleć nad swoim życiem, nad obraną przez nas drogą. Popatrzeć dookoła siebie, zapamiętać jedną chwilę, pokontemplować w ciszy, bądź w zgiełku pędzącego wokoło nas życia. Jeden, krótki moment. Chwila na modlitwę, miłość, wdzięczność… Tak niewiele, a jednocześnie tak dużo. Może to być po prostu kilka sekund. Czemu szkoda nam na to czasu? Czemu nie umiemy przystanąć, aby rozejrzeć się po okolicy, stwierdzić, czy pędzimy we właściwym kierunku?

Jak dla mnie ten obraz ukazuje właśnie taką chwilę. Krótki moment w życiu, niby nic nie wnoszący, a jednak zapamiętany z niezrozumiałego powodu. Mgnienie oka, które jest w naszym życiu, pełnym zdarzeń pędzących niczym lawina, niemal niezauważalne. Sam obraz wygląda, jakby ktoś po prostu wcisnął pauzę. Wiemy mniej więcej, co się wydarzyło przed zatrzymaniem i prawdopodobnie co się wydarzy po wznowieniu obrazu. Jednak nie jesteśmy tego pewni i ten postój daje nam chwilę na zastanowienie się.

Oglądając wystawę, człowiekowi przychodzą na myśl różne rzeczy. Każdy ma inne refleksje, inne przemyślenia, ponieważ każdy jest inny. Można dojść do wniosku, że właśnie to sztuka nowoczesna próbuje nam ukazać – jak bardzo jesteśmy od siebie różni.

 


II miejsce ex aequo

Piotr Krupa

Konrad Oleksiak: “Autoportret Mistyczny” – oil on canvas                                         2020

Andrzej Bembenek: “Bez marynarki z głową w dół” – oil on canvas                           2021

Dół cały już zwiedziłem. Przejrzałem wszystkie znajdujące się tam prace, kilka przykuło moją uwagę bardziej, wiele jednak nie wywołało u mnie żadnych większych doznań, czy chęci wgłębienia się w nie. Wszedłem na piętro, poczułem, że może znajdę tu coś więcej. Obracam się. Przez głowę przeszła mi myśl, że chyba jednak wszelka nadzieja stracona. Przeraziłem się. Właśnie ujrzałem monstrum: ludzka głowa, ale bez ust, końskie ciało, ale o sześciu kończynach, para skrzydeł, ale każde inne i zdeformowane. Niby każdy z odłamów tej hybrydy pochodzi od natury, ale patrząc, wciąż studiując detale i wygląd tej kreatury, nie widzę nic naturalnego. Skupiam się na tle. Ciężko określić, czym jest otoczenie, mieszanina chmur w kolorze ciemnej, brudnej pomarańczy. „Cała Polska” – pomyślałem. Dzień wcześniej musiałem wdychać taką chmurę, czekając na autobus, który mnie zabierze w góry, do domu. Czytam opis, jest to autoportret. Może ta brudna chmura pozbawiła tę istotę naturalnych cech, zmusiła ją do zbyt szybkiej i brutalnej ewolucji. Zaczynam rozumieć, nadzieja powraca. Nie podoba mi się to, co tu widzę, ale o chyba o to chodzi, może to nawet przestroga. Mimo że ta ilustracja wywołuje u mnie lęk, nie potrafię przestać się w niej zagłębiać. Ta istota każe mi się wsłuchać w jej przekaz, zrozumieć, czemu jest taka, czemu jej świat przybiera szare, radioaktywne kolory. Zbliżyłem się tak blisko, że dojrzałem i szczegóły, kierunki prowadzenia farby. Piękne. Podziwiam tę precyzję, mimo że wywołuje u mnie negatywne emocje. To jest przykład bolesnej prawdy. Uświadomiłem sobie, że ludzkość zmierza ku takiej formie. Ten obraz może przedstawiać pokolenia wcale nie tak odległej przyszłości.

 Idę dalej. Niestety kolejne kroki zaprowadziły mnie na dział polityki. Nie lubię polityki. Za bardzo rozdziela ludzi.

Mimo że parę prac było naprawdę ładnych i zachęcających do głębszego wejścia w nie, ich tematyka już zawiązała na mnie łańcuch niechęci. Tyle wulgaryzmów, nienawiści i oburzenia. Rozumiem powody ich ukazywania, ale nie chcę się w to wszystko zagłębiać, zbyt ciężko mi się wtedy robi na sercu. Ale wciąż polityka, wyzwiska, problemy. Nagle nic. Wypełniona i zagospodarowana nicość. Czyli jednak coś. Ciemne tło i jasne pasy, plamy, bezimienne kształty. Wszystko nachodzi na siebie, tworząc grudy albo wręcz wzgórza zmieszanej farby na wszechobecnej płaszczyźnie płótna. Zbliżam się jeszcze bardziej, oglądam szczegóły tego bezładu. Nic nie ma, siatka białych kształtów niczego nie ukazuje. Idę dalej.

To już była końcówka, ale dość interesująca. Ten obszar zawierał prace, na które przyjemnie się patrzyło. Jednak nie natrafiłem już na nic tak bardzo wciągającego jak “Portret mistyczny”.

Nadeszła pora na wykład. Odbywał się on w tej samej sali, w której dotychczas byłem. Siadam na swoim miejscu i wtedy zauważyłem.

Ta nicość, plątanina bieli na czerni, miała sens. Ale to ja miałem zły punkt widzenia. Pomyśleć, że wystarczało się odsunąć parę kroków. W tej chwili siedziałem po drugiej stronie sali, a wielkość tego obrazu powodowała, iż w tej chwili patrzyło się na niego idealnie. Sam obraz w sobie nie miał przesłania wciąż, ale naprawdę przyjemnie się na niego patrzyło. Jednak nie dawało mi spokoju, że nie było tu nic konkretnego. Obróciłem głowę. Tak jak myślałem, niesamowite. Aby ujrzeć, co obraz kryje, należało zmienić wszelkie domyślne punkty widzenia. Jakby autor chciał, bym wykazał się kreatywnością w odkrywaniu jego zaszyfrowanego w obrazie przesłania. Genialne. Ujrzałem tu noc, zimową i to wyrwaną jakby z własnych wspomnień. Przypomina mi to zwykłą jazdę samochodem w śnieżny zimowy wieczór. Z tyłu jakby na tle mgliście ciemnego nieba, światła halogenu samochodu ukazują mi słup wysokiego napięcia i linie odbiegające od niego w otchłań nocy i mgły, jednak niczego nie widzę tak wyraźnie, bo wszędzie mieszają się i wirują masy odbitych od przedniej szyby śnieżynek, pędzących w różne strony tak szybko, że rozmazują się w oczach i tworzą zasłonę dla otoczenia, które jest za nimi. Zabrakło mi słów. Patrzę, i patrzę. Czuję spokój. Obraz nie tylko zmusił mnie do zabawy w chowanego z nim, ale po moim zwycięstwie, pozwolił mi na rozkosz i odpłynięcie w zastygłej w nim chwili. Mimo że byliśmy w budynku, poczułem się jak w ciepłym samochodzie, jadąc w nieznane w spokojny zimowy wieczór, słysząc jedynie szum opon.

Niesamowite. Zastanawiam się, czy inni też to zauważyli. Ciężko mi uwierzyć, jak można tak dogłębnie wpłynąć na drugą osobę obrazem i to przedstawiającym tak banalną scenę, której na żywo nie potrafimy dostrzec, a co dopiero podziwiać i się nią cieszyć. Refleksje przerwał mi głos wykładowcy, oprzytomniałem i wróciłem do rzeczywistości. Pora zamienić się w słuch. Dalsze przemyślenia zostawię sobie na drogę powrotną.

 


II miejsce ex aequo

Maja Skoczylas

Zaplątany koń

Na początku, wchodząc do sali pełnej obrazów w Galerii Bielskiej BWA, nie wiedziałam, gdzie mam skierować wzrok. Oglądając każde dzieło po kolei, powoli zbliżałam się do tego, który później (trochę bardziej od innych prac, przyznaję) miał zwrócić moją uwagę.

Kątem oka zauważyłam coś ciekawego. Ładnie dobrane kolory układające się w poplątane wstęgi. Wstęgi? Wstęgi… Obraz wręcz kazał mi na siebie spojrzeć, więc nareszcie odwróciłam głowę w kierunku płótna pokrytego olejną farbą. Wtedy coś do mnie dotarło. Dotarło do mnie to, że owe wstęgi wcale nimi nie były. Zatem co przedstawiało dzieło? Przeszło mi wtedy przez myśl, że duża, niebieska plama namalowana na środku płótna przypomina pędzącego konia, jednak później dostrzegłam huśtawkę. Koń na huśtawce? Dosyć abstrakcyjna myśl, aczkolwiek wcale to nie oznacza, że jest nie do osiągnięcia w czymś tak obszernym jak pojęcie sztuki (chociaż patrząc na to, jak wyglądał układ kompozycyjny w obrazie, w tym przypadku faktycznie było to trochę niemożliwe). Dopiero po czasie uświadomiłam sobie, co tak naprawdę jest przedstawione na obrazie oraz że szkła w okularach prawdopodobnie mnie zawodzą.

Podchodząc bliżej, wreszcie widzę. Widzę rozgrywającą się scenę, widzę, że koń na huśtawce to tak naprawdę kobieta, która zalotnym, niby przypadkowym, ruchem zrzuca pantofelek ze swojej stopy w stronę mężczyzny leżącego w krzakach, wyciągającego w jej kierunku rękę. Widzę, a raczej odczuwam, jak praca przytłacza mnie swoją wielkością. Czuję się przy nim mała, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Zauważam też, że ów obraz coś mi przypomina. Kiedy mój mózg zaczyna pracować, wreszcie dochodzi do mnie, że go znam. To obraz Fragonarda. „Huśtawka” Jean-Honoré Fragonarda przedstawiona w negatywie.

Praca jest ładna. Gdzieniegdzie pochlapana farbą, która widać, że przed zaschnięciem ściekała z płótna. Jej tor ruchu zmienia kierunki, co oznacza, że autorka prawdopodobnie obracała obrazem, żeby osiągnąć taki efekt. Grube maźnięcie w środkowej części było wykonane zdecydowanym i gwałtownym ruchem. Wygląda, jakby artystka była na coś zła, dlatego tak potraktowała dzieło. W niektórych miejscach ołówek przebija się przez farbę. Mały, zapewne uważany przez wielu za niedoskonałość, detal dodający całości charakteru, tak samo zresztą jak niewielkie plamy olejnej farby, którymi opryskana jest praca. Kolory cieszą oko, podobają mi się. Delikatne odcienie różu połączone z mocną niebieską barwą. Bardzo, bardzo ładne.

Obraz w wykonaniu Anny Orbaczewskiej – Niedzielskiej „Według Fragonarda 1”.

Jest piękny.

 


III miejsce

Kinga Chmielowska

Ociekający brzydotą

To dzieło wyjątkowo zapadło mi w pamięć. Po raz pierwszy zobaczyłam je na wystawie w Galerii Bielskiej BWA. Początkowo niezauważalne, pomimo swoich dużych rozmiarów, dlatego, że wisi nad drzwiami od strony wyjścia, więc mogłam je dostrzec tylko wtedy, gdy się odwróciłam. Jego umiejscowienie w galerii dodaje niepokoju. Po chwili zdałam sobie sprawę, że cały czas się tu ukrywało i czaiło bez mojej świadomości.

Ten obraz jest szpetny, jego barwy są brudne i mdłe, a zarazem dziwnie kolorowe. Wygląda, jakby pleśniał. Przedstawia straszną kreaturę, ciężko nawet opisać, czym jest. Przypomina mi konia z sześcioma odnóżami, z czego dwa z nich wyrastają niekomfortowo ze środka żeber, nie mogąc dosięgnąć podłoża; z kolei reszta jest nienaturalnie wyprostowana i długa, tak długa, że nie mieści się na płótnie. Dodatkowo z tej istoty wyrasta coś w rodzaju skrzydeł, przy pomocy których na pewno nigdzie nie poleci. Mimo że ma końskie ciało, posiada twarz „człowieka”, bez ust czy nosa, z atypowymi fioletowymi włosami. Jedynym elementem, który na sto procent mogę zidentyfikować, są ludzkie oczy. Piękne, niebieskie oczy. Niezwykle przyciągają uwagę. Patrzą na ciebie bez wyrazu, a jednak budzą nieopisane uczucie, wpatrują się w twoją duszę. Te oczy dają nadzieję, że może ta kreatura nie jest aż tak nieludzka i straszna, jak się wydaje. Patrząc na te oczy, zapominam o pozostałych brzydkich częściach malowidła.

Moje emocje stają się intensywniejsze i obraz nabiera niepokojącego sensu, gdy dowiaduję się, że to „Autoportret mistyczny” Konrada Oleksiaka. Nasuwa się pytanie, czy w ten okropny sposób widzi siebie artysta? Zaczynam mu współczuć…

Ale czemu ten obraz jest tak szpetny? Możliwe, że niektórym artystom znudziło się robienie pięknej sztuki, w końcu przez wieki był to jeden z głównych celów jej tworzenia. Przykładowo w starożytnej Grecji sztuka opierała się na idealnych proporcjach, które były wykreślane za pomocą najbardziej doskonałych obliczeń matematycznych; rzeźby były idealizowane, piękno odgrywało ważną rolę. Artyści od lat szukali nowych sposobów obrazowania różnych tematów i tak też jest współcześnie. Niektórzy mogą nie rozumieć sztuki nowoczesnej i wcale im się nie dziwię, jednak moim zdaniem warto być otwartym na nowe nurty artystyczne, w końcu poznawanie nowych rzeczy pozwala nam się rozwijać.

Uznaję „Autoportret mistyczny” za brzydki, jednak to nie oznacza, że go nie cenię. Mimo że wolę te „ładniejsze” obrazy, to dzieło Konrada Oleksiaka mnie zaintrygowało i trochę czuję, jakbym przegrała z tym malowidłem, że się mu podporządkowałam i spełniłam jego zamierzony cel – wywołanie skrajnych emocji. Nie udało mi się przejść obok niego obojętnie, ten obraz wciąż jest z tyłu mojej głowy. Czy kiedykolwiek o nim zapomnę?

 


wyróżnienie

Edyta Lasek

Podstęp nietoperza czy teatr w lesie?

Obraz „Lasy Państwowe żegnają czerwonego nietoperza” to dzieło polskiego artysty, Jędrzeja Piaskowskiego. Powstał on 11 kwietnia 2021 roku i został wykonany techniką olejną na płótnie o wymiarach 100 na 130 centymetrów. Obecnie wystawiany jestGalerii Bielskiej BWA w Bielsku-Białej na wystawie 45 edycji Biennale Malarstwa Bielska Jesień 2021. Ideą autora, którą zawarł w pracy, jest nawiązanie do ówczesnej debaty o pozostałościach komunizmu w Polsce. Artysta przedstawia także w żartobliwy sposób takie zjawiska jak powrót do przeszłości czy odnowa wartości historycznych.

Malowidło przedstawione jest na prostokątnym płótnie ułożonym w pionie, jednak główny temat obrazu znajduje się w owalu zaznaczonym biało-czerwonym pasem symbolizującym polską flagę. Pas flagi urywa się w kilku miejscach, a najbardziej w prawym dolnym rogu, gdzie zastępuje go odcinek czarnej linii oraz część pierwszego planu wychodzącego znacznie poza obramowanie. Poza owalem kąty obrazu wypełnia jaskrawa czerwień, widoczne są też lekko namalowane elementy dekoracyjne na wzór spłaszczonych, uciętych elips, przypominające zdobienie wojskowych orderów.

W centrum obrazu Piaskowskiego, wewnątrz owalnej ramy zostaje ukazana dość nietypowa scena. Na pierwszym planie nietoperz w pozycji leżącej ze złożonymi skrzydłami. Zwierzę przedstawione w nienaturalnych kolorach, bowiem jest ono czerwone, a ciemniejsze części ciała czy kontury są podkreślone mocną czernią. Artysta podkreślił upierzenie zwierzęcia przy pomocy wielu kresek, by uzyskać światłocień. Pyszczek zwierzątka jest przedstawiony z półprofilu, widoczne są oba nozdrza, długi, wysunięty język, a także jedno, przymknięte jaskrawoczerwone oko. Usta nietoperza są zakrzywione w lekkim uśmiechu. Wyraz pyszczka i pozycja, w jakiej spoczywa zwierzęmogą świadczyć o jego śmierci. Zwierzak posiada także duże uszy o nietypowym kształcie. Z jego główki wystają ciemnobrązowe trójkąty, przypominjące rogi, co może symbolizować pewne powiązanie ze złem.

Na drugim planie, po prawej stronie za nietoperzem przedstawione są fantastyczne postacie. Uwagę przyciąga najbardziej jedna z nich, znajdująca się najbliżej czerwonego zwierzęcia. Ukazuje ona muchomora z twarzą na wzór ludzkiej, posiada długą, białą brodę, istota ta przypomina starca. Staruszek ma dłonie złożone w geście modlitwy, wygląda, jakby modlił się za leżącego przed nim nietoperza. Pomimo to jego wyraz twarzy jest nadzwyczaj wesoły, ma zamknięte oczy oraz szeroki uśmiech. Kolory starca są bardzo urozmaicone – jego postać posiada dopracowany światłocień, w cieniu widać odcienie niebieskiego, szarości czy brązu, a w świetle padającym na kapelusz muchomora ciepły pomarańcz. Kropki na kapeluszu są namalowane dosyć niedbale, w niektórych miejscach tylko zarysowana jest ich obecność. Mimo to „grzybowy starzec” wydaje się być postacią najbardziej przyjemną dla oka ze względu na swój różnorodny i dopracowany światłocień. Zza starca, nieco schowane, wyglądają dwie leśne istoty. Są to prawdopodobnie leśne zwierzęta lub inne fantastyczne stworzenia. Pierwsze z nich jest nieco podobne do kreta, wskazuje na to długi nos zakończony czerwonym, świńskim ryjkiem. Ma duże, uśmiechnięte usta i wyłupiaste oczy na czubku głowy, które wydają się patrzeć w stronę widza. Za nim druga istota, swoim wyglądem przypominająca świnię lub dzika. Widać jej tylko część pyszczka  – duży, świński ryjek i wybałuszone oczy z rzęsami, patrzące w bok. Gałki oczne są czerwone, może to wskazywać na zmęczenie, smutek czy może nawet wściekłość zwierzęcia. Można jeszcze dostrzec na głowie uszka wygięte do tyłu. Po lewej stronie obrazu, nad głową nietoperza, stoi w powietrzu biała, zapalona świeca. Zlewa się z jasnym tłem, a jej płomyk jest niewielki. Nad świecą zwisa gałąź drzewa, na której widać małe, zielone listki. Pod nią znajduje się kłąb iglastych gałązek – można zauważyć na nich zastosowanie cienkich kresek, by uzyskać efekt igieł. Po głównej, liściastej gałęzi, do góry nogami pełznie biały ślimak ze skorupą. Jest on słabo widoczny, więc można go dostrzec dopiero po dłuższej chwili analizy obrazu. Również na głównym odgałęzieniu, tuż nad ślimakiem, siedzi biały orzeł w koronie z rozwartymi szeroko skrzydłami. Symbolizuje on Polskę, być może jest też powiązany z tytułem pracy – „Lasy Państwowe”. Zwierzę namalowane dosyć niedbale, niemal nie posiada światłocienia. Oczy orła oraz dziób są czerwone, widoczny niestarannie namalowany uśmiech. Korona na głowie zarysowana krzywym konturem, trudno odróżnić ją od reszty, prawe skrzydło ptaka wystaje poza owalne obramowanie.

Tło całej sceny nie jest skomplikowane. Od lewej strony, tam, gdzie znajduje się świeca, rozciąga się plama bladego różu pomieszana z bielą, miejscami żółcią. Ciepłe barwy przechodzą po ukosie w szarawy błękit do czerni na samej górze owalu. W najciemniejszych miejscach widoczne są namalowane niedbale błękitne gwiazdy. Kolorystyka tła sugeruje panującą noc, gdzie świeca jest jedynym źródłem światła.

Obraz ten przyciąga uwagę dzięki dominującej czerwieni, ale kolor ten bardzo męczy wzrok, więc nie da się patrzeć na malowidło zbyt długo. Dużo linii i plam w wielu miejscach sprawia wrażenie niedbałości czy pośpiechu. Równocześnie nadaje to charakteru przedstawionej scenie, być może nawet i ekspresji. Sposób malowania artysty podkreśla jego ideę o żartobliwym przedstawieniu zjawisk. Całość wzbudza pozytywne emocje, daje odbiorcy uczucie, że obserwuje scenę z owalnego okna czy otworu.

Symbolika obrazu miejscami jest widoczna, jednak cała praca posiada ukryte znaczenie, które skłania odbiorcę do refleksji i jego odkrycia. W ogóle opisana scena przedstawia prawdopodobnie pogrzeb czerwonego nietoperza, na którym zgromadziły się leśne stworzenia, by go pożegnać. Nawiązując do tytułu pracy i jej idei, a także wnikliwej obserwacji, można stwierdzić, że całość ukazuje aktualne wydarzenia w Polsce z perspektywy artysty. Flaga na obramowaniu i orzeł są niewątpliwie symbolem polskiego państwa, wskazują też na konkretną lokalizację przedstawionej sceny – „Lasy Państwowe”. Leżący nietoperz jest wcieleniem komunizmu, można stwierdzić to także po jego kolorze, który jest jednym z symboli tej ideologii. Zwierzę jednak nie wydaje się być martwe – ukazuje to humorystyczny wyraz pyszczka. Wysunięty język kojarzony jest z dziecięcymi kreskówkami, w których bohater, udając śmierć, kładzie się na ziemi i wysuwa język na zewnątrz. Nietoperz lekko się uśmiecha, co jeszcze bardziej potwierdza to, że żyje, czego nie są świadome pozostałe postacie. Starzec i leśne istoty prawdopodobnie symbolizują współczesną władzę, która cieszy się z odejścia nietoperza. Są szczęśliwi, że komunizm został zażegnany i nie wróci. Nie widzą uśmieszku nietoperza, nie domyślają się jego podstępu. Najbardziej zastanawiającym elementem obrazu może być świeca. Jest ona często zapalana na grobach zmarłych jako symbol pamięci. Jednak jeśli świeca została zapalona przez leśne istoty, nie oznacza to, że chcą one właśnie pamiętać o nietoperzu?  Żegnają go z radością, a jednocześnie okazują mu szacunek poprzez zapalenie świecy – jest to dość ciekawe zachowanie, które może symbolizować ciągły stosunek władzy do takiej polityki. Więc może jednak stworzenia zdają sobie sprawę z sytuacji i tylko odgrywają role? Interpretacja tutaj jest niejednoznaczna. Warto też zwrócić uwagę na miejsce, w którym rozgrywa się ukazana scena. Las jest miejscem odludnym, często dalekim od miast, ogólnej cywilizacji. Prawdopodobnie to sposób, w jaki autor postrzega polskie państwo i jego władzę, z tego mógł się też wziąć fragment tytułu obrazu. Praca Piaskowskiego ma za zadanie przekazać w humorystyczny sposób informację o tym, że komunizm jest nadal żywy w Polsce, która rozwojem jest oddalona od reszty cywilizacji.

Moim zdaniem obraz jest dość interesujący, jego kolorystyka przyciąga wzrok i zastanawia nad przekazem. Pomimo wrażenia niedbałości, malowidło odznacza się zabawnym stylem i wyróżnia się na tle innych obrazów. Chcę także zaznaczyć wyjątkowość postaci muchomorowego starca, przywołuje on klimat fantastycznych baśni czy opowiadań o leśnych kreaturach. Na początku obraz wydaje się być ilustracją do książek dla dzieci, jednak po głębszej refleksji ukazuje wydarzenia, które w ukryty sposób przekazuje artysta. Więc może warto nie naśladować zachowania leśnych istot i nie dać się podstępowi nietoperza?

 


wyróżnienie

Agnieszka Olma

W Bielskim BWA obecnie trwa jedno z ważniejszych wydarzeń artystycznych na południu Polski, biennale malarstwa Bielska Jesień. Na wystawie znalazło się wiele intrygujących prac, jednak dla mnie najbardziej wyróżniała się “Pieta” Nikity Krzyżanowskiej. Pierwszy raz zobaczyłam prace artystki na wystawie „Pole Bitwy”, która odbyła się w bielskim BWA na początku tego roku. Już wtedy urzekła mnie swoim buntowniczym i swobodnym stylem.

Patrząc na obraz, czuję, że mogę się utożsamić z artystką, widzę jej fascynację tym, co nieidealne, bycie pewnym niepewnego, troski o szczegół bez jego zawarcia, akceptacji i samoświadomości. Wywołuje we mnie takie emocje i wrażenia, ponieważ artystka ma  świetną intuicję i potrafi zawrzeć uczucia w geście.

Nikita Krzyżanowska uważa, że malarstwo powinno być synonimem dynamiki i niepowtarzalności, jej twórczość ma być doświadczeniem, a proces twórczy walką o życie i śmierć, co utwierdza mnie w odczuciu, iż artystka jest niesamowicie autentyczna i oddana swoim działaniom, które są niezaprzeczalnie zauważalne w jej pracach.

Krzyżanowska czerpie inspiracje ze sztuki ulicy, w efekcie czego otrzymujemy malarstwo ekspresyjne, abstrakcyjne i przede wszystkim efekt estetyki graffiti.

Artystka nie ukrywa, że inspiruje ją uliczny wandalizm, co podkreśla surowością  podobrazia. Tak, jak uliczni artyści korzystają z używanych wcześniej materiałów, za podobrazia służą jej stare szkolne mapy. Stosuję brudną, a jednocześnie żywą kolorystykę, a unikatowy styl podkreśla sumiennie zaplanowaną niezdarnością farby w sprayu.

Tytuł „Pieta” sugeruje tematykę sakralną. Tytułowa pieta to przedstawienie Matki Boskiej trzymającej na kolanach martwego Jezusa Chrystusa. Na obrazie postacie przypominają mi ptasią rodzinę, zamiast konającego Jezusa, widzę dwójkę dzieci, nad którymi pochyla się cierpiąca matka. Gniazdo otaczające postacie, namalowane swobodnie, przypomina koronę cierniową. Być może jest to symbol matczynej miłości. Krwawiące serce  z krwią przelewającą się do kielicha, możliwe, że symbolizuje cierpienie oddane w ofierze.

Obraz “Pieta” bardzo mnie zainspirował, jest dla mnie nadzwyczajnym wizualnym, jak i emocjonalnym, doświadczeniem. 

 


wyróżnienie

Anna Stuglik

Światło wśród szarości…

Biennale Malarstwa Bielska Jesień to konkurs, odbywający się co dwa lata w Galerii Bielskiej BWA.  Przedstawione w tym roku prace konkursowe budziły ogrom emocji, często szokowały lub przywodziły na myśl skojarzenia z obecną sytuacją społeczno-polityczną w kraju. Obraz, który wybrałam, na początku sprawiał wrażenie, jakby zupełnie nie pasował do całej wystawy, a postaciom na nim uwiecznionym przeszkadzał jasny blask padający z reflektorów pod sufitem. Jego odmienność sprawiła, że narodziły się we mnie pytania. Dlaczego artystka, Gabriela Cygan, postanowiła namalować tak niecodzienną scenę? Rozglądając się po galerii, widziałam mnóstwo dopracowanych dzieł o szczególnym przesłaniu. A tutaj? ,,My body still to heavy with sleep to move’’ – jak głosi tytuł. I najważniejsze pytanie… dlaczego ta scena tak mnie niepokoi?   

Obraz opowiada historię ludzi, którzy na coś czekają. Ciemne, stonowane odcienie szarości i kontrastowo padające światło przywodzą na myśl dzieła barokowych mistrzów, Rembrandta czy Caravaggia. Prowadzona delikatnymi pociągnięciami pędzla,  jaśniejsza ściana w tle, może symbolizować brak drogi ucieczki, skończoność. To tak, jakby przedstawieni w scenie bohaterowie znajdowali się zamknięci w pomieszczeniu, klatce bez wyjścia.

 Jednak okazuje się, że nie trzymają ich żadne łańcuchy, kraty ani sznury. Ale co ciekawe, tak jak głosi tytuł, są oni niewolnikami własnych ciał. Autorka postanowiła jednak otworzyć drzwi do ciemnego pomieszczenia i rzucić kontrastowe światło, tworząc dopracowane przejścia tonalne między poszczególnymi płaszczyznami. Prawdopodobnie było ono bodźcem, który obudził śpiące postacie. Chociaż  zauważają ten blask, nie reagują. Najbardziej jednak niepokoi mnie postawa mężczyzny siedzącego w lewym górnym rogu,  Totalnie zagubiony w ciemnym narożniku, patrzy w ścianę, bez żadnej nadziei.  Zastanawiająca jest tylko jedna rzecz…. co jest źródłem tego padającego światła?

Najbardziej w obrazie urzekła mnie jego tajemniczość. Nie nasuwa on żadnej konkretnej odpowiedzi, a uwidacznia bezsilność i granice  możliwości ludzkiego poznania.  Na myśl przychodzą mi słowa Pascala, tym razem nie malarza, lecz filozofa: „człowiek jest trzciną najsłabszą na wietrze, najwątlejszą w przyrodzie, ale trzciną myślącą”. Zgadzam się ze stwierdzeniem Błażeja Pascala i odnajduję je w obrazie Gabrieli Cygan jako nawiązanie do wątłego ludzkiego ciała, zmorzonego snem, a jednocześnie ze świadomym umysłem, który prędzej czy później odwróci się do światła.

Jak na razie źródło światła pozostaje tajemnicą…

 

<< COFNIJ

Wyszukiwarka

Termo logo